wrozka-jezynka blog

Twój nowy blog

Jest wtorek.

9 komentarzy

Celine Dion wyznała publicznie, że jest fanką AC/DC. I że na próbach przed koncertami wykonuje ‘Thunderstruck”. Niby nie ma się czemu dziwić, w końcu to piękny kawałek. Ale mimo wszystko, dobry Jezu. [Starałam się wyobrazić sobie to przydługie intro wykonane na flecikach pana z Titanica aż zaczęłam głupio chichotać. Och, a propos abstrakcji – film „Beez”, rodzące się uczucie między panią z kwiaciarni a pszczołą z problemem egzystencjalnym….. pomijając pomysł podniesienia samolotu pasażerskiego przez kilka rojów pszczół…..te przemilczane lecz sugerowane przez twórców filmu szczegóły intymne związku pszczoły i człowieka…...bo w końcu mieszkają razem…NO WŁAŚNIE!!]

Postanowiłam wyznać, że lubię czarne torebki. Czarne, duże torebki. Nie czuję się komfortowo nosząc na co dzień torebkę czerwoną, niebieską, fioletową, zieloną (bez niesubtelnego napisu Army). Wolę czarne torebki. Od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem nabycia nowej i społeczeństwo wywierało na nie nacisk (przecież nie podałam kto!), jakoby czarne torebki nosiły tylko stare babcie. A ja po prostu w z wielkim czarnym worem (który jest w stanie pomieścić dwie książki formatu A4 i 5 kg kartofli) czuję się lepiej.

Kupiłam męskie buty. Sobie. Mam dość mokrych stóp i bliskich kontaktów z podłożem. Każde damskie obuwie zimowe się ślizga na śniegu, a obcas tylko dodaje przerażające uczucie, że zaraz odjedzie do tyłu. Kupiłam sobie potwornie wielkie buciory z olbrzymimi zębiskami na podeszwie. I wiecie co? Mogę iść w nich wszędzie! Zupełnie się nie ślizgają. A te cztery sentymenty gumowej podeszwy oznacza, że nie tylko zupełnie nie czuję podłoża! Jest mi ciepło w stopy! Z satysfakcją obserwuję rodzaj żeński na przystanku myśląc sobie: tej na pewno zimno, ta nie może się szybko poruszać, a tej znowu w takiej chlapie ten zamsz już dawno przemókł i teraz ma bagno a nie skarpetki. [Co oczywiście nie oznacza, że nie posiadam obuwia, w którym ryzykując odciski, krwawienie i złamanie nogi można przejść tylko określoną ilość trasy na zupełnie płaskim podłożu. I że takowe założę jak tylko śnieg będzie mniej mokry, bardziej stabilny i będę miała mało do chodzenia w danym dniu.]

Nie znoszę piosenek Fisha. Przyjechał drań niedawno znowu do Polski i moje pokolenie zachwyca się nim niezmiennie. A ja twierdzę, że przynudza. On i Anna Maria Jopek mogliby dla mnie nie istnieć. Ale wiem, że uszczęśliwiają sporą ilośc ludzi, więc niech sobie istnieją. Tak samo jak „Taniec z gwiazdami”. I Nightwish.

Świniak: Mogę się przytulić?
Lola: Odejdź, mam jabłko.
Świniak: Jesteś przyziemna.

***

Świniak: A może siana? Kolby? Bardzo dobre, warzywne. Marchewki? Trochę wysuszona ale w całkiem dobrym stanie, prawie wcale nie obsikana. Słonecznika?
Lola: Ty nic nie rozumiesz.

***

Lola: Właśnie się uczesałam, z przedziałkiem. Trochę przylizałam na bokach. Odsuń się bo mi zepsujesz fryzurę.
Świniak: Słuchaj, a może ja bym cię pokrył?
Lola (pełne oburzenia milczenie)

***

Zostałam alfonsem. Sprowadziłam świniakowi partnerkę dorosłą na próbę (pani w sklepie powiedziała, że jak się będą gryzły to mogę odnieść). Świnek przeleciał panienkę w trzydzieści sekund od włożenia jej do klatki ale się zwierzątko zreflektowało, że wprawdzie nowe miejsce nowym miejscem ale dupa boli. Teraz świniak pręży się i mizdrzy do panienki ale dostaje po pysku jak tylko ona uzna, że nie ma ochoty na poważny związek. Na szczęście świnek się nie zraża i tęsknią za sobą niemożebnie jak tylko jedno wyjmę z klatki.

Dlaczego muzyka chóralna wywołuje u nas dreszcze? Bo jest taka…. mroczna? Ekstatyczna? I nieodmiennie kojarzy się z purpurą? Dalej nie wiem.

Dziś jestem przygnębiona. Ale nie powiem dlaczego bo nie jeszcze do tego nie dojrzałam.

Wiedźmin mentalny

5 komentarzy

Zdarza mi się, że idąc ulicą wyobrażam sobie jak daję po pysku przypadkowym przechodniom bądź tłukę ich drewnianym mieczem. Ponieważ ani jednego ani drugiego nigdy nie zrealizowałam w rzeczywistości a agresji we mnie tłumionej sporo wnioskuję, że powinnam się przerzucić na gry komputerowe (1). Ogólnie oznacza to, że mam zły dzień.

Zły dzień był na ten przykład tydzień temu kiedy to wybrałam się na wycieczkę z zakładu pracy, ostro zakrapianą w autobusie już od ósmej rano. Dlaczego? Dlaczego!! No właśnie.

Zupełnie inną wycieczkę odbyłam wczoraj na ślub do Krakowa. Wszyscy przechodnie, nawet niemieccy turyści pozostali nietknięci. Podziękowania należą się towarzystwu, które uwielbiam w całej krasie, rozciągłości i konfiguracjach. Ślub był ładny, chichotaliśmy w przyzwoitych granicach, kościół najładniejszy jaki miałam okazję podczas ślubu zobaczyć a śpiewy piękne. Pani młoda wyglądała bardzo ładnie zdecydowanie kontestując panienkę ubraną w krótką kurtkę typu marshmallow spod której wystawała jej kreacja w kolorze tabaczkowym (2), że aż zachłysnęłam się szczęściem. Młoda para miast wymiętych, szeleszczących bukietów zapragnęła być obdarowana pluszakami. Przytomnie ustawiliśmy się jako ostatni w życzeniach dla nowożeńców bawiąc się maskotkami i bardzo szybko popłynęła pieśń „Mana mana.” Trochę mnie to wytrąciło z oficjalnego nastroju i do Pana Młodego zwróciłam się „Cześć, ładnie wyglądasz.” „Dzięki, tylko te warzywa” odparł wskazując na kwiaty w butonierce. „Przynajmniej świeże.” udało mi się skomentować i tylko zażenowane spojrzenie stojącego obok Świadka zwróciło mi nieco intelektu, że wtrąciłam „Wszystkiego Najlepszego”. Oficjalnej Piosenki pt „Zaśpiewajmy coś co wszyscy znają” nie odśpiewaliśmy z przekory bo była to jedyna okazja kiedy owa pieśń byłaby na miejscu (3).

Potem było zaś poślubne jedzonko z gruzińskiej knajpce gdzie chyba hołdują zasadzie „jedna szara komórka na kelnerkę” i poślubne piwo w knajpie. Było czytanie sceny intymnej roku „Jawohl my fuhrer”. Była dyskusja o tym jak to Piotr Od Kostki najbardziej na świecie pragnie batonika (4). Były też zacne rozważania nad celem fotografowania się z wiolonczelą NIE na golasa. Było o „tomb riding” i jakie słodkości można kupic przed cmentarzem (5). Obśmiałam się smacznie i dziękuję wszystkim. I poproszę o relację co było potem.

1 – W imię zasady „nie dawaj dziecku zapałek” nie zapiszę się na żadne sztuki walki, gdzie mogłabym te pragnienia zrealizować w cenie kursu.
2 – dla niedoinformowanych – w kolorze kupy.
3 – Panna Młoda wyraziła żal, że nie zrobiliśmy tego podczas przysięgi małżeńskiej.
4 – I założę się, że wiem jakiego. Pawełka (*), Macka lub Zosi, żadnego tam nowobogackiego Marsa czy Snickersa. Ten pierwszy jest za słodki a drugi ma za dużo orzechów. Osobiście uważam, że orzechy Bóg stworzył dla wiewiórek.
* – batonik po którym zęby dzwonią a poziom cukru rośnie z prawie słyszalnym „dingdingdingding!!!”
5 – Meri, chcę przepis! Hihi a w Tarnobrzegu tylko znicze.

Ken: Dlaczego twoje włosy są takie puszyste?
Barbie: Bo jem dużo kiszonej kapusty!.
……
Barbie: To mój brat. Teraz go kocham, och, kocham go. (całuje w/w brata)
Ken: To niezdrowe uczucie. Pewnie wpadnę w depresję.
Barbie: Ach, tak cię tylko chciałam zdenerwować. Nie depresjuj się. Teraz ciebie kocham.
Ken: Dobra, przybij piątkę. Ej, może się przejedziemy moim powozem?
Barbie: A co to jest?
Ken: To taki samochód ale ciągnięty przez konika.
Barbie: Acha. E lepiej poskaczmy.

Owe i jeszcze wiele podobnych scen miało miejsce wczoraj gdy siedziałam na zebraniu rodziców i z nudów bawiłam się z córką koleżanki (Julia, lat 5). Wiele sytuacji dotyczyło zawiłych perypetii miłosnych, podobno mała dużo czasu spędza z babcią, oglądając M jak Miłość.
Mój świniak jest na lekach uspakajających. Weterynarz (wcale nie mój ulubiony pan z imponującym przodozgryzem) orzekł, że dzisiejszy atak paniki spowodowany pewnie był nerwobólem i dlatego świniakowi się źle kojarzy klatka, z której podczas ataku spierdziela niczym ta spłoszona gazela. Stage 2 and 3 to stanie słupkiem w rogu klatki i niejedzenie. I tak przez dwa dni. Teraz świniak mieszka w plastykowym koszu, cokolwiek mniejszym, ale za to zaczął jeść.
Okazuje się, że burak mieszka w wielu ludziach. Burak niespodziewany, ukryty objawił mi się zeszłej soboty, kiedy to spotkałam skądinąd uroczego (na sieci), przejawiającego różnorodne zainteresowania (na sieci), szanującego prywatnośc (na sieci) pana. In real life pan okazał się być denerwujący („o, sklep Trjumf ci zamknęli, masz czyste majtki?”), monotematyczny (jest dużo fajnych programów do komputera, fascynujący swiat czincze itp.), kłopotliwy („w domu chodzę po domowemu więc teraz przebiorę się w dresa”). Jak łatwo przejść z hello do hell no!
To ostatnie chyba się kwalifikuje do wywnętrzenia, hm? Robię jakieś postępy?

Poniedziałek

2 komentarzy

Wnioski z weekendu:
1. Nie jest mi dane podłączyc komputer do telewizora, ani na nvidii ani na ati.
2. Można korzystac z darów matki natury i zjesc pół kilo grzybów w ciągu jednego dnia ale wtedy ona najprawdopodobniej będzie chciała je z powrotem.
3. Muzyka lat 80tych (z niewielkimi wyjątkami) budzi we mnie agresję.
4. Mężczyźni nie są z Marsa, są z odległej galaktyki.
5. Konformizm straszna rzecz. Można, idąc ubranym w jeansy i dopasowaną wcale nie flanelową bluzkę w kratkę, iśc przez miasto i czuc dotkliwie brat bluzy z kapturem odsłaniającej pępek.
6. Idąc przez swoje miasto z nowoprzybyłym czytającym każdy możliwy napis na szyldzie dosłownie każdego sklepu można zapragnąc popchnac w/w osobę pod tramwaj.
7. Nie idzie mi to uzewnętrznianie uczuc. Bo nie powiedziałam mu „przestań”.
8. Film „Dragon Wars”. Dlaczego nikt nie powstrzymał scenarzysty? Dlaczego nikt w porę nie ostrzegł ekipy filmowej?

Hello!

5 komentarzy

Dzień dobry. Pracuję nad sobą. Nad uzewnętrznianiem werbalnie uczuc i przemyśleń w odróżnieniu do wieloletniego tłamszenia ich w sobie. Bo podobno rozmawiac o nich jest zdrowiej. Coś w tym byc musi (ktoś wie dlaczego nie działa mi przycisk c z kreską? gdzie to sprawdzic?)bo szlag mnie trafia mniej wiecej od dwudziestu lat. I ostatnio zaczynam pękac. A dzieje sie tak ponieważ uczęszczam na warsztaty metodyczne, na których z jakiegoś powodu wszyscy prowadzący chcą znac moje uczucia i poznac jaka naprawde jestem. Jakby ich to cokolwiek obchodziło. I szczerze mowiąc, zaczynam im mówic. Bluzgając jadem wprawdzie ale to pewnie przez te tłumione emocje. I normalnie nie ma jak sie bronic bo np dostajesz riposte, że sarkazm i cynizm to też forma agresji. Screw them. Gnębi mnie też obawa, że w końcu dostanę w pysk od którejś z pań wykładająch. No, pożyjemy zobaczymy. Pierwsza notka! Odzyskałam hasło! Confetti i baloniki, stęsknione panienki rzucające sie żeglarzom na szyje! I z jakiegoś powodu eksplodujący drób.

Well, it’s been a while. Nevermind.
Jutro przyjeżdża kilkoro szalenie fajnych ludzi. Wysilę się i upiekę ciasto. Wciąż niestety nie poskromiłam piekarnika. W starym modelu, używanym przez rodziców był taki pokaźnik co wskazywał do ilu stopni toto się rozgrzało. W nowym to wciąż tajemnica. Wkładanie ręki do środka czy wąchanie temperatury nie zdaje egzaminu, naprawdę. Odkrawanie górnych elementów ciasta (gdyż się były zwęgliły) jeszcze się zdarza, choć coraz rzadziej. Folklorystycznie przykrywam polewą czekoladową. Nauczyłam się też, że po włożeniu ciasta do piekarnika nie należy siąść na laurach tylko szybciutko oskrobać kuchnię z kawałków co rykoszetowały na blat i szafki, i okno. Bo potem naprawdę ciężko je zeskrobać. Ale pieczenie to świetna zabawa. Można sobie do woli mamrotać zaklęcia na panie pracujące w dowolnym punkcie obsługi klienta, spóźnialskich panów od komputerów o ziemistej cerze i dłoniach, które nie imają się pracy fizycznej, właścicieli gigantycznych psów bez kagańca… no kto tam co lubi.

Ostatnio pasjami urządzam parapetówy rodzinne. Co przynosi korzyści w postaci odroczonej zemsty rodziny (są jak Oggowie, walczą ze sobą namiętnie ale w obliczu wroga zbierają się w kupę i obrabiają mi …. no se zrymować proszę) oraz nowych nabytków do kuchni. Od tygodnia na ten przykład już nie muszę podawać gościom wina w zdobycznych filiżankach (z rysuneczkiem zbożowych kłosów, now that’s stylish!). Ani drinków w filiżankach (again, pszenica rules) czy sałatki w filiżankach (yes, you guessed it). Moi rodzice wprawdzie wciąż bardzo często myją sztućce bo mają ich teraz tylko po 5 z każdego rodzaju. Aż łezka w oku się kręci gdy wspomnę Maj Jednego Noża, po którym nastąpił Czerwiec Wielu Noży. Brak podstawowych sprzętów domowych daje wiele pola do improwizacji choć okazuje się, że niewiele jest w stanie zastąpić młotek i śrubokręt. Dopóki przemysł obuwniczy nie wprowadzi na rynek żelaznych obcasów o wymiarach 2x2x3 cm będę używać młotka.

Od poniedziałku zaczyna się festiwal konferencji w pracy, po prawie dwóch miesiącach wolnego będę gapić się na szefa z wyrazem paniki i przetwarzać jego żądania na rzeczywistość. No i będą dzieci. Trochę wyższe, opalone, szczerzące się na myśl o tym, że dawno mnie nie denerwowały. Ale super.

Los przydziela nam różne role. Kilka lat temu zostałam jednym z założycieli klubu sportowego bo akurat miałam przy sobie dowód i w związku z tym byłam odpowiednim człowiekiem w odpowiednim czasie z odpowiednim dokumentem. Przypomniano mi o tym kilka tygodni temu gdy zostałam z zarządu klubu usunięta za nie uczestniczenie w zebraniach. Ano, żyźń. Dwa lata temu zostałam szkolnym Koordynatorem ds. Filmowych (dalej jestem) i Koordynatorem ds. Rapu Na Przerwach (bez brzydkich słów), co w tym roku zostało przemianowane na Malowanie Na Przerwach bo raperzy nie dostarczają odpowiedniego materiału a przy przesłuchiwaniu płyt rodziło się we mnie przekonanie że żadna ze mnie suczka i niejako mam złe pochodzenie (wychowałam się w bloku a nie na ulicy). Jutro czeka mnie funkcja Członka Komisji Egzaminacyjnej ale to mały prestiż w porównaniu z moją nowa rolą. Mianowicie zostałam Opiekunem Szkolnego Koła RPG. Nie z własnej inicjatywy. Raz na lekcji wspomniałam, że grałam w rpga (pozwoliło mi to w przyzwoity sposób przetrwać letnia powódź w Bieszczadach – featuring Sapki, MG był kotul) a nagle jedenastoletnia młodzież w ciuchach kupowanych przez rodziców i z średnią 4,6 oznajmia, że wicedyrektor już wszystko wie, znaleźli sale, godzinę kiedy mam okienko i czy się zgadzam. No i się zgodziłam tylko grać mi nie pozwalają.
Czuję się ostatnio traktowana pobłażliwie przez dzieci. Jest np. sobie lekcja w klasie drugiej, o zabawkach i w ogóle jest fajnie, dzieci wycinają, minimalne zagrożenia życia a tu nagle jeden David lat 8 zauważa, że zupełnie przypadkiem wyciął mu się znak Hitlera. I co tu robić, ignorować? Nie da rady, niewtajemniczony Szymon musi wiedzieć kim był ten cały Hitler i czy występował u Majewskiego. Ja się tu staram uciąć dyskusję stwierdzeniem, że bardzo zły człowiek i nie żyje a z tyłu odzywają się gromy, że proszę pani przywódca Trzeciej Rzeszy. Autorytet też tracę w stopniu zatrważającym. Dziś na ten przykład pierwszaki malowały Wesołe Miasteczko to zaproponowałam, że puszczę Smaczną Piosenkę o Ciasteczkach a populacja, którym ubrania się jeszcze w centymetrach kupuje stwierdza, że oni wolą Offspring i Metallica’e ale od biedy Smaczną Piosenkę mogą zaśpiewać. A potem pięć minut rechotu bo towarzyski Oscar wtrącił, że w Wesołym Miasteczku był niedawno z rodziną i jego siostra rzygała na wszystkich karuzelach.
Wiadomości z remontu:
- balkon zakafelkowany i zafugowany, jutro będzie ojciec malował.
- lodówka stoi i mrozi
- łóżko do sypialni w projekcie, parapetówa Sapkowa zaplanowana na środek maja co by spać biedactwa gdzie mieli, łoże zaplanowane na 1.60m, w sam raz na kopulodrom
- szafka kuchenna zaopatrzona w słoiki z grzybkami i ogórkami konserwowymi, w sam raz na imprezę.

Mieszka się tu przyjemnie, cicho.

Mimo prognoz niektórych nie chodziłam goło po mieszkaniu. Nie rozdeptałam chrupka na samym środku podłogi patrząc na niego z wielką satysfakcją i nie sprzątając (tym akurat zadziwiłam samą siebie).
Wyprowadziłam się. Tak, w sobotę. Po prostu wyszłam z domu do pracy, a wróciłam też do domu ale już nowego. I tak se mieszkam. Sieć mam i czajnik bezprzewodowy (pożyczony od ojca), masełko na balkonie w komórce wtulone w resztki Duluxa i pianki pod panele. I pięć kanałów telewizyjnych. Oraz od dziś uchwyty do szafek w salonie. Zamieszka tam sterta dokumentów. I mam też penisopodobne żarówki w żyrandolu, cóż, tatuś chciał jak najlepiej, niekoniecznie jest to fajne. Czeka mnie jeszcze projektowanie i wykonanie łóżka oraz remont balkonu ale jest bardzo wporzo. W sobotę przyjedzie ze stolicy lodówka, co jest godne uwagi, bo np. będzie gdzie trzymać jogurty. I zachodzę w głowę jak z tej kupy gruzu i tynku się udało coś mieszkalnego wykonać. Tak więc sobie mieszkam tu. Ha.

Remont dobiegł końca. No more wynoszenia reklamówek z gruzem. Farewell Castorama i Obi. Nie dalej jak dwa tygodnie temu wynosiłam stamtąd (zapłaciwszy uprzednio) kolejne drzwi, nie dlatego że przybyło mi pomieszczeń ale że drzwi okazały się być przydatne w celu krycia szafki z butami na przedpokoju. Nic tylko się wprowadzić. I tak zrobię. Zaraz jak zarobię na jakieś meble. Obecnie każdą wolną chwilę spędzam sprzątając po remoncie co pochłania potworną ilość czasu, środków czystości i moich paznokci. Na ten przykład wczoraj myłam okno balkonowe. Jak pragnę olchowego łóżka w przystępnej cenie, aż do wczoraj nie zdarzyło mi się myć okna 2 i pół godziny. Sprzątać potrafię, robię to dość fachowo i szybko ale wczoraj znalazłam godnego siebie przeciwnika. Jak mawia mój sensej (mama) „jeśli wszystko inne zawiedzie, użyj przemocy”. Wydłubując resztki betonu i naklejek firmowych przy pomocy śrubokręta życzyłam panom od instalacji okien wielu długich godzin spędzonych na poczcie i wiecznie psujących się pilotów do telewizora. Bardzo przydałby się wtedy dziadek niejakiego Mateusza z 1b („Proszę pani, mój dziadek jest czarnoksiężnikiem”).
Wieści z remontu:
- kuchnia skończona. Wyszorowana z kurzu i pyłu po wierceniu otworów. Mam już nawet suszarkę do naczyń i pojemniczek na sztućce. Z wyposażeniem.
- łazienka skończona, umyta i stuningowana chromowymi dodatkami. Mebelki są, piękne i pomalowane, lustro otrzymało światełka.
- podłoga w salonie i sypialni otrzymała listwy, kolor wybierała matka, niech jej to zostanie wybaczone.
- plafony, lampy i żyrandol przytwierdzone i działają. Na oświetlenie w sypialni chwilowo brak gotówki.
- kaloryfery pomalowane
- firanki uszyte. Ku wzburzeniu i zniesmaczeniu ojca bezguściem córki – bez wzorków.
- szafa sypialniana zmontowana
- sofa zamówiona
- meble salonowe w projekcie
- nabyłam 1 garnek, 1 solniczkę, 1 mopa i 1 wiaderko.

I feel ready.


  • RSS